Aktualności

13.04.2017

Kapłaństwo serca


Historia, o której chcę opowiedzieć, wydarzyła się w jednym z pierwszych lat mojego kapłaństwa.

Zostałem wezwany do szpitala do kobiety, która dzień wcześniej miała poród. Z wielkim entuzjazmem szedłem do wypełnienia powierzonego mi zadania i przygotowywałem się duchowo także do odwiedzin innych chorych. Po odwiedzinach matki z nowonarodzonym dzieckiem, byłem także w innych salach, żeby życzyć chorym dobrego dnia. W czasie tego obchodu podeszła do mnie dziewczyna i poprosiła, żebym przyszedł do jej chorej mamy i porozmawiał z nią: „Lekarz powiedział, że zrobił wszystko, co było w jego mocy…”

Chodziło o kobietę chorą na raka, której zostało niewiele życia. Idąc do niej nie miałem pojęcia, że tego dnia, właśnie w czasie tego spotkania otrzymam jedną z najważniejszej nauk na całe życie. „Chcę, żeby ksiądz mi pobłogosławił” – powiedziała kobieta. Miała zapadnięte oczy i była blada; choroba była widoczna w całym jej wyglądzie. Byłem przekonany, że Pan przyprowadził mnie w to miejsce, aby pocieszyć tą duszę.

W czasie spowiedzi i podczas udzielania sakramentu namaszczenia chorych po jej policzkach spływały obfite łzy. Wzruszała mnie myśl, że moje ręce w tym momencie były rękami Jezusa, które przynosiły pociechę ludziom w czasie Jego ziemskiego życia. Zanim wyszedłem z sali, żeby zawołać członków rodziny chorej, powiedziałem do niej cichym głosem: „Dzisiaj odwiedził Panią Jezus. Proszę Mu podziękować i nie smucić się już!”. „Chociaż jestem chora, uważam siebie za bardzo szczęśliwą” – odpowiedziała. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na jej słowa. Kiedy zauważyła, że byłem zmieszany, dodała: „Kiedy jeszcze byłam zdrowa, nigdy nie byłam tak szczęśliwa, jak teraz. Cierpiałam 37 lat z powodu mojego małżeństwa – mój mąż nie był mi wierny, i był uzależniony od alkoholu. Dużo się za niego modliłam i prosiłam Pana, aby go uwolnił od nałogu i odmienił jego życie. Po tym, jak zdiagnozowano moją chorobę, zauważyłam, że mój mąż był głęboko wstrząśnięty, i że coś się zaczęło zmieniać w jego wnętrzu. Kilka dni temu poprosił mnie o przebaczenie całego cierpienia, jakie mi zadał. Ale już dużo wcześniej zrozumiałam, że moja choroba uzdrowiła jego [chorobę]. Dzięki temu moje małżeństwo zostało uratowane!

Oprócz tego moja córka, ta, która zawoła Księdza, cierpiała z powodu ciężkich depresji. Często zamykała się na cały dzień w swoim pokoju, i nawet nie przychodziła na posiłki. Wielokrotnie usiłowała odebrać sobie życie. Jak często z różańcem w ręku prosiłam Boga o cud dla mojej córki! Ten cud wydarzył się rzeczywiście. Po tym, jak poddałam się leczeniu raka w klinice, moja córka wróciła do pełni zdrowia. Kiedy miałam badania lekarskie, towarzyszyła mi wszędzie, od jednego szpitala do drugiego. Kiedy czułam się przygnębiona, opowiadała mi zabawne historie, aby przez nie podnieść mnie na duchu. Zrozumiałam, że bardzo mnie kocha”.

Opowiadanie kobiety poruszyło mnie do głębi, a ona kontynuowała: „Ksiądz musi wiedzieć, że mój syn, który od piętnastu lat jest żonaty, był bardzo blisko decyzji o rozwodzie. Przeżywał kryzys wiary i zamierzał wystąpić z Kościoła, ale jego żona była temu przeciwna. Ta sytuacja spowodowała moje przygnębienie i była powodem, że byłam bardzo bliska rozpaczy, ponieważ pomimo cierpień zadanych mi przez męża nigdy nie myślałam o rozwodzie. Ponieważ szanowałam ich wolność, nie chciałam się wtrącać do ich małżeństwa. Zamiast tego bardzo często modliłam się w ich intencji. To, czego nie wyprosiły moje usta, uprosiła moja choroba. Od trzech miesięcy jest u nich znowu wszystko w najlepszym porządku. Odwiedzają mnie codziennie i razem odmawiamy różaniec. Mój syn odzyskał wiarę i nie myśli już o wystąpieniu z Kościoła.

Choroba przyszła więc w odpowiednim czasie… To był ten moment, który uratował moją rodzinę! Teraz mogę umrzeć w pokoju, dzięki błogosławieństwu otrzymanemu od Boga w sakramentach. Jestem pełna radości, bo moja rodzina poprzez moje cierpienie znalazła ratunek”.

Nie tylko studia w seminarium i święcenia kapłańskie nauczyły mnie, co to znaczy być kapłanem: Pan Bóg posłużył się umierającą kobietą, aby mi to pokazać. Teraz już dziesięć lat jestem kapłanem, ale wciąż bardzo wyraźnie pamiętam mądre słowa tej kobiety, którą Pan wziął do siebie.

Autorem powyższego świadectwa jest brazylijski kapłan Delton Alves de Oliveira Filho. Dzięki spotkaniu z umierającą kobietą poznał bardzo praktycznie, „co to znaczy być kapłanem”. I taki właśnie tytuł nosi to opowiadanie, które jest jednym ze stu świadectw księży z całego świata, zawartych w książce: „Das normale Wunder. 100 Glaubenszeugnisse von katholischen Priestern”. Być może sam autor zamieszczonego opowiadania, a może redaktorzy tej książki zatytułowali je w ten sposób. Ja jednak tłumacząc to opowiadanie z niemieckiego nazwałem je inaczej: „Kapłaństwo serca”. Dlaczego? Bo jak sądzę, właśnie przykład tej kobiety pokazuje, co to znaczy być kapłanem. Tak, to prawda, że ona była tą, która otrzymała sakramenty od kapłana. Jednak istota kapłaństwa bardziej objawiła się w tej umierającej kobiecie. Bo to ona swoją wytrwałą modlitwą, cierpieniem, i ostatecznie ofiarą z jej życia, przyczyniła się do przemiany jej rodziny. Kapłan, któremu opowiedziała historię swojego życia, pełni tu rolę świadka, ale nie świadka w sensie kogoś, kto swoimi słowami i czynami świadczy o kimś lub o czym, ale świadka, który coś widzi, słyszy i doświadcza. Kapłan ten stał się świadkiem jej życia. Dzięki zwierzeniom chorej na raka kobiety zrozumiał może nawet lepiej niż dzięki studiom, co to znaczy być kapłanem.

Kiedy tak o tym myślałem, przypomniała mi się św. Monika, która dzięki swoim łzom i wytrwałej modlitwie przyczyniła się do nawrócenia najpierw swojego męża, a potem syna. I nie byłoby św. Augustyna, gdyby nie łzy i modlitwa jego matki. Prawdopodobnie kobieta z tego opowiadania nie stanie się tak sławna, jak matka św. Augustyna. W tym opowiadaniu nie pojawia się nawet jej imię. Ale to nie jest decydujące. Dla Boga nie ma to znaczenia; dla Niego liczy się czysta intencja i miłość, a one były obecne w życiu tej bezimiennej kobiety z Brazylii, dzięki której córka doznała uzdrowienia, mąż i syn nawrócili się, a dwa małżeństwa zostały uratowane.

Rozmyślałem o tym przed Najświętszym Sakramentem. I wtedy przypomniał mi się też św. Franciszek i jego słowa, które wcześniej były dla mnie niezrozumiałe. Są to słowa z jednego z jego listów. Chodzi o te słowa poniżej, które zaznaczyłem tłustym drukiem. Przytaczam je w trochę większym kontekście:

Do brata N., ministra. Niech Pan cię błogosławi (por. Lb 6, 24a). Tak, jak umiem, mówię ci o sprawach twej duszy, że to wszystko, co przeszkadza ci kochać Pana Boga i jakikolwiek [człowiek] czyniłby ci przeszkody albo bracia lub inni, także gdyby cię bili, to wszystko powinieneś uważać za łaskę. I tego właśnie pragnij, a nie czego innego. I to przez prawdziwe posłuszeństwo wobec Pana Boga i wobec mnie, bo wiem na pewno, że to jest prawdziwe posłuszeństwo. I kochaj tych, którzy sprawiają ci te trudności. I nie żądaj od nich czego innego tylko tego, co Bóg ci da. I kochaj ich za to; i nie pragnij, aby byli lepszymi chrześcijanami. I niech to ma dla ciebie większą wartość niż życie w pustelni. (za: http://www.swanna.pl/prw/pisma/pisma_fr/list_do_min.html )

Dlaczego adresat listu ma „nie pragnąć”, aby sprawiający mu trudności stali się lepszymi chrześcijanami? Czyż nie jest to bardzo zbożne pragnienie? Co miał na myśli św. Franciszek? I właśnie dopiero ta historia chorej na raka kobiety opowiedziana przez brazylijskiego księdza pozwoliła mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Oczywiście pragnienie czyjegoś nawrócenia i uświęcenia jest czymś chwalebnym. Św. Franciszek nie chciał temu zaprzeczyć. Dlaczego więc to napisał? Jak sądzę z jednego powodu: Aby adresat jego listu pragnął najpierw swojego własnego nawrócenia i uświęcenia, a dopiero potem nawrócenia i uświęcenia innych. Akcent leży na słowie „najpierw”. Bo człowiek nawracający się przyczynia się do nawrócenia bliźnich, a uświęcony do uświęcenia swoich braci i sióstr. Historia zna wiele prób zmiany świata na lepsze, które zostały zapoczątkowane od próby zmiany innych, a kończyły się przelewem krwi. Tylko zaczynając od siebie może człowiek przyczynić się do pozytywnej przemiany świata. Odnosi się to do wszystkich, ale chyba w sposób szczególny właśnie do nas – kapłanów.

o. Placyd Koń OFM, Neukirchen (Niemcy)

© CRT 2012