Aktualności

16.07.2022

Piszą o nas


W lipcowym numerze ogólnopolskiego miesięcznika „Forum służby więziennej” ukazały się dwa artykuły związane z naszymi Współbraćmi: misjonarzem o. Jeremiaszem Szewczyńskim OFM i o. Dezyderiuszem Polem OFM.

Franciszkanin w afrykańskim więzieniu

Republika Środkowoafrykańska od zachodu graniczy z Kamerunem, od wschodu z Sudanem i Sudanem Południowym, od północy z Czadem, a od południa z Kongo i Demokratyczną Republiką Konga. Jest ciekawa turystycznie i zasobna w bogactwa naturalne, ale ma słabo rozwinięte rolnictwo. To jedno z najuboższych państw na świecie.

Cena wolności

Ojciec Jeremiasz Szewczyński OFM mieszkał w Obo i Zemio. W tych miejscowościach odwiedzał zakłady karne, które zupełnie nie przypominały tych polskich. Mur więzienny to płot z liści palmowych i bananowca.


– Jeśli chodzi o areszty – mówi zakonnik – to były pozostałości po dawnych koloniach francuskich. Stare budynki, w różnym stanie technicznym, zrobione z gliny i przykryte blachą. W środku dwa lub trzy pomieszczenia, a w nich stłoczonych 10–20 osób. Plus strażnicy, którzy nie zawsze byli na miejscu.
Jednostka penitencjarna nie zapewniała wyżywienia. Niektórym jedzenie przynosiła rodzina. Pozostali aresztanci sami musieli o nie zadbać. Ktoś ze społeczności więziennej był delegowany po zakupy na targ w sąsiedniej, zwykle oddalonej wiosce. Tam więzień kupował potrzebne produkty i na przykład kiść bananów, które w drodze powrotnej sprzedawał w większej miejscowości i na tym zarabiał. Po przyjściu do więzienia przygotowywał posiłek – jedyny w ciągu dnia.
Co ciekawe, nikt nie uciekał. Franciszkanin wspomina Zuzannę. – Była oskarżona o czary, choć tak naprawdę nie miała z nimi nic wspólnego. Dla niej bezpieczniej było siedzieć w areszcie niż w wiosce, gdzie groził jej samosąd. Dlatego jej nie opłacało się uciekać.
Ojciec pamięta ucieczkę Szymona. – Na teren naszej misji przybyło około dwa tysiące uchodźców z ogarniętego wówczas wojną Sudanu, wśród nich Szymon, który jak inni uciekł ze strefy konfliktu i jak większość miał ze sobą karabin – opowiada. – Ktoś doniósł na niego. Przyszli żandarmi, znaleźli broń, a Szymona zamknęli w areszcie. Nie chciał siedzieć, bo przecież wszyscy mieli karabiny. Raz czy drugi uciekł, ale robił to tak nieudolnie, że za każdym razem go łapali. Żeby nie uciekał, strażnicy rozpalili ognisko i siłą włożyli tam jego stopy. Komendant żandarmów opowiedział zakonnikowi o wypadku. – Mówił, że nogi Szymona zaczęły ropieć i gnić, wdała się infekcja. Prosił, żebym coś zaradził wspomina misjonarz. Razem z siostrą zakonną udał się do Szymona. – Wiele widziałem, ale czegoś takiego nigdy. Zaczęliśmy opatrywać mu nogi. Byliśmy tam przez miesiąc dwa razy dziennie. Ten chłopak strasznie się męczył, bo nie dostawał żadnych środków przeciwbólowych. Po miesiącu miał wyleczone nogi. Uciekł i nie dał się już złapać. Komendant aresztu miał do mnie o to żal.
O wolności marzył też inny Szymon. Aby mu w tym przeszkodzić, strażnicy w pniu drewna wydłubali dziurę, do której włożyli jego nogi. Z dwustukilowym obciążeniem nie mógł się nigdzie ruszyć, nawet do ubikacji. – Mieliśmy duże wpływy u miejscowych władz, przynajmniej ja miałem, udało się uwolnić Szymona od kłody. Był jeden warunek: musiał obiecać, że nie ucieknie. Dotrzymał słowa – mówi zakonnik.

Bez wyroku

W więzieniach przebywali głównie aresztanci. – W trakcie mojego pobytu w Afryce nie spotkałem ani jednego skazanego prawomocnym wyrokiem – przyznaje misjonarz. – Mijały lata, zanim zapadł jakiś wyrok. Zresztą rzadko odbywały się jakiekolwiek rozprawy, na których sędzia wymierzał sprawiedliwy wyrok. Zazwyczaj o umieszczeniu kogoś w areszcie decydował szef wioski, na przykład na podstawie skargi sąsiada. Za lekkie przewinienia była kara chłosty – opowiada franciszkanin i dodaje, że jeśli ktoś wycofał skargę na aresztanta, ten opuszczał więzienie.
Do aresztu trafił też protestancki misjonarz z Niemiec. Przy misji protestanckiej działał warsztat samochodowy. Samochody mieli tylko misjonarze i prefekt, stojący na czele administracji departamentu. Kiedy oddał swój pojazd do naprawy, usługa została wykonana, a Niemiec domagał się za nią zapłaty. – Z powodu nieznajomości języka i obyczajów Andreas nie wiedział, że w tamtej kulturze prefekt za nic nie płaci – tłumaczy franciszkanin. – I misjonarz został wysłany do miejscowego więzienia. Żeby go jeszcze bardziej upokorzyć, pozbawili go koszuli. Nie wiadomo ile by tam był, gdybym nie wpłacił za niego kaucji. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie obrażał najwyższych władz, bo prefekt poczuł się urażony zachowaniem Niemca.
Zdaniem ojca Jeremiasza, aby uniknąć konfliktu z prawem miejscowym, należało poznać mentalność lokalnej ludności. – Szybko poznałem tę kulturę dzięki pracy z dziećmi i młodzieżą. Byłem znany w środowisku, potrafiłem współpracować na określonych warunkach z urzędnikami, którzy tylko czyhali na błąd białego. Błąd kosztuje, a biały to pieniądze – wyjaśnia.
Zakonnik raz w miesiącu odprawiał Mszę świętą. Mógł na nią przyjść każdy. Wielu przychodziło tylko dla darów, które misjonarz zawsze ze sobą przywoził. – To nie były cenne rzeczy, na przykład banany czy maniok, ale sprawiały wiele radości. Ci ludzie bardzo na nie czekali – wspomina.
Raz w tygodniu spowiadał, a codziennie pomagał miejscowym. – Większość osób uważa, że duchowny na misji ma nawracać – mówi. – To błędne myślenie. Misjonarz jest po to, żeby pomagać. Pomoc, zaangażowanie na różnych polach związane z zaspokajaniem podstawowych potrzeb życiowych – to nawraca – twierdzi franciszkanin.
Ojciec Jeremiasz Szewczyński był misjonarzem od stycznia 1990 r. do 2011 r. Marzył o tym, odkąd włożył franciszkański habit, a nawet zanim to nastąpiło. W 2013 r. zakładał misje w Kamerunie. Ostatni raz był w Afryce w 2018 r. Afrykańskie więzienia zamienił na norweskie i francuskie. Nigdy nie był w polskich.

Aneta Łupińska

Rodzina, ach rodzina

O. dr Jan Dezyderiusz Pol OFM, współpracownik Naczelnego Kapelana Więziennictwa Służby Więziennej, od 22 lat doradca duchowy w Ruchu Duchowości Małżeńskiej Equipes Notre-Dame, o roli małżeństwa i rodziny:


– W literaturze naukowej istnieje pogląd, że rodzina, o ile oddziałuje pozytywnie, daje człowiekowi możliwość wszechstronnego rozwoju, zaspokajania potrzeb, wprowadzania w świat norm i wartości pożądanych oraz istotnych do życia społecznego. Rodzina może być źródłem internalizacji właściwych norm i ideałów moralnych, a także chronić przed problemami życiowymi i społecznymi i dawać poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Izolacja więzienna zaburza i modyfikuje wszystkie pozytywne funkcje rodziny. Wynikać to może z niewłaściwej postawy poszczególnych członków rodziny (rodzice, dzieci, dziadkowie) wobec porządku prawnego, „dziedziczenia przestępczości”. Pozbawienie wolności zmienia jakość relacji wewnątrz rodziny, wpływa na kondycję psychiczną i materialną poszczególnych jej członków. Brak ojca czy matki w życiu młodego pokolenia ze względu na odbywaną karę obarczony jest poważnymi konsekwencjami w rozwoju emocjonalnym i społecznym. Jest stresogennym czynnikiem odczuwanym zarówno przez osadzonego, jaki przez członków jego rodziny. Konsekwencje te określa się jako „efektywne współuwięzienie”, czyli naznaczenie rodziny więźnia przez więzienie, a skutkuje to destrukcją i degradacją, pomimo prób utrzymania kontaktów rodzinnych z osobą izolowaną. Pozytywnym aspektem, który należy podkreślić, jest to, że włączenie rodzin uwięzionych do współpracy w oddziaływaniach resocjalizacyjnych, podejmowanych w trakcie ich pobytu w zakładzie karnym, zwiększa prawdopodobieństwo osiągnięcia pozytywnych rezultatów w społecznej readaptacji i reintegracji skazanych.
Przyjrzyjmy się teraz rodzinom funkcjonariuszy. Ze względu na wykonywane obowiązki osoby pracujące w SW są dyspozycyjne wobec instytucji, w której służą. System zatrudnienia, zależności służbowe, czas pracy, odpowiedzialność za powierzone obowiązki determinują realizację ról społecznych poza miejscem pracy.
Godzenie roli zawodowej i obowiązków rodzinnych dla wielu dzisiejszych kobiet - matek, mężczyzn - ojców jest zadaniem niezwykle trudnym, powodującym często sytuacje, w których kobiety i mężczyźni żyją pod presją wielu dylematów, usiłując pogodzić życie zawodowe i osobiste. Pełnienie obu ról może wywoływać konflikty między nimi, napięcie, trudności i obciążenia związane z czasem i energią potrzebną do życia poza służbą. Konflikty takie mogą być szczególnie nasilone w przypadku dużej dyspozycyjności jednego lub obojga małżonków. Stwierdzić można, że służba obejmuje więcej niż tylko wybór pracy, to również wybór stylu życia, który przenika niemal każdy jego aspekt. Podstawą sukcesu życiowego jest umiejętność równoważenia ról związanych z pracą i rodziną. Poziom satysfakcji z małżeństwa i rodziny koreluje z wysokością satysfakcji z pracy. Wysoka jakość życia rodzinnego skutecznie chroni przed negatywnym wpływem pracy zawodowej, a dobre relacje interpersonalne w miejscu pracy mogą być znakomitym źródłem wsparcia społecznego w sytuacji wystąpienia kryzysów osobistych i rodzinnych.

o. Dezyderiusz Jan Pol OFM.

za:https://sw.gov.pl/assets/33/72/87/1121bfbe01a27dab60c74c8778d7cc63d19f7472.pdf

© CRT 2012